I wszystko było pięknie, ładnie i wesoło, (a właściwie, takie nam się wydawało) dokładnie do połowy. Piętnastego listopada, grade 6 był wyraźnie nieswój, oklapnięty, niemrawy. O co chodzi, indagowała ich Maggie na pierwszych zajęciach, zmęczeni czy jak?

“Teacher, we didn’t eat” – przyznali w końcu. Nic nie jedli. Dzisiaj, a może i wczoraj? Co prawda zawsze jedzą podczas godzinnej przerwy na lunch, ale raz, że to dopiero po 13, dwa… najczęściej mają po prostu suchy ryż, ewentualnie z garścią gotowanych liści dyni. Próbowaliście się kiedyś uczyć na głodnego? Wszystkie nowe informacje odbijają się od rozkojarzonego umysłu, ciężko w ogóle się skupić.

Nasz grade szósty, nasza ulubiona piątka, zawsze obecni, najspokojniejsi, najchętniejsi do nauki, bystrzejsi nawet od milczącego gradu ósmego. Głodni. Zanim Maggie nam o tym powiedziała, zdążyła im zanieść po racuszku i mango, o łącznej wartości dwóch kwacha na osobę. Na nasze? Jakieś 70-80 groszy. Zaraz zaczepiła ją jedna z nauczycielek. Mango? Daj mi też! Jakby to ona miała 12 lat.

Jak to jest, że rodziców, którzy posyłają dzieci do prywatnej szkoły nie stać na śniadanie dla nich? Ciężko dowiedzieć się konkretów. Nasi podopieczni mają na ogół sporą ilość rodzeństwa, dziesiątka braci i sióstr nie jest niczym niezwykłym. Z tego, co słyszałyśmy, nie tak rzadkie jest posłanie dzieci do szkoły “żeby się nie pałętały”, jednak dotyczy to chyba raczej młodszych berbeci. Tak czy inaczej, aktualnie plan szkolnych obiadów wisi w gabinecie dyrektora tylko tak sobie, a on sam wyraził się kiedyś o zaznaczonej na planie kuchni jako “tym pomieszczeniu, którego nie używamy”.

Co jest potrzebą, a co zachcianką? Tego samego dnia zajrzałam do zeszytu jednej z uczennic, z bezbłędnie (według nauczycielki) wykonanym ćwiczeniem, polegającym na wpisywaniu podanych wyrazów do kolumn “wants” i “needs”. Może i na chłodną logikę jest w tym jakaś racja. W sumie można spojrzeć na to w ten sposób. Ale poczułam się, jakbym dostała w twarz, widząc, że w tej samej kategorii co modne spodnie i luksusowy zegarek znajdują się “dom”, “edukacja” i “bezpieczeństwo na drodze”.
Nie chcę tego oceniać, nie chcę oburzać się zbyt gwałtownie, że <męczą biedne dzieci>. Nie jestem w stanie i nie mam kompetencji, aby powiedzieć, jak być powinno i jak uratować świat. Mówię tylko to, co widzę – a widzę młodych ludzi, takich samych jak ja i moi przyjaciele jeszcze kilka miesięcy temu. Tak samo przysypialiśmy na pierwszych lekcjach, mimo najszczerszych chęci pojęcia materiału. Tylko że potem wyciągaliśmy stosy kanapek, pudełka z pełnymi, zbilansowanymi obiadami, dzieliliśmy się owocami, a w razie czego zawsze można było dokupić słodką przekąskę – wszystko, by dostarczyć sobie energii, na którą wszyscy nastolatkowie mają potężne zapotrzebowanie.

Podczas lekcji jedna dziewczynka zapytała, czy może iść napić się wody, bo ma czkawkę. Ale akurat nie było wody.

Advertisements

Wizyty w cywilizacji, czyli dwa oblicza Afryki 

Zawsze twierdziłam, że mam szczęście do ludzi. Liczne potwierdzenia napływały zresztą zewsząd – niemal wszędzie trafiałam na osoby interesujące i ciekawych rozmówców, w każdym miejscu dało się znaleźć przyjazną duszę i zaczątek miłej znajomości. Tak było i tym razem; na przekór moim obawom, pozostałe wolontariuszki okazały się niezrównanym towarzystwem i bardzo jasnym punktem całego wyjazdu – dobrze się rozumiałyśmy i świetnie razem bawiłyśmy.

Ale tym razem oprócz “zwykłego” szczęścia miałam zwykłego farta. Okazało się, że Maggie ma w Lusace kilku znajomych, których poznała prywatnie podczas ich biznesowych wizyt w Polsce – i to znacznie odmieniło cały ten wyjazd. Miałyśmy dzięki temu możliwość zobaczenia zupełnie innych aspektów Czarnego Lądu i doświadczenia kilku ciekawych i – dla mnie – nowych rzeczy. Niesamowite było też zobaczenie na własne oczy kontrastu bogatej i biednej Afryki oraz możliwość porównania wyraźnych różnic, wszelkiego rodzaju.

20171111_174340

Miejsce, w którym mieszkałyśmy i uczyłyśmy, Linda, to w teorii dzielnica Lusaki (stolicy); w praktyce jest to jednak bardziej wioska położona około 20 kilometrów od miasta. Jak już wspominałam, tamtejszego krajobrazu nie wstydziłby się pokazywać Cejrowski – parterowa, uboga zabudowa, dzieci bawiące się w błocie i kurzu lub kopiące pozszywaną ze skrawków materiału piłkę. Wzdłuż dróg, służących raczej pieszym niż samochodom porozstawiane są stoły lub zadaszone kramy, głównie z owocami i warzywami, ale można znaleźć i klatki z żywymi kurczakami, silnie woniejące stoiska rybne, otulone czarną mgiełką muszych ciał, warsztat rowerowy w postaci grupy mężczyzn siedzących pod płachtą na czterech tyczkach, wyglądającą podobnie myjnię samochodową czy blacharza oferującego szeroki wybór garnków. Kolorowo odziane kobiety o hebanowej skórze noszą na głowie kilkunastokilogramowe pakunki, ktoś toczy beczkę z wodą, małe dzieci wozi się czasem w taczkach, obok innych rzeczy. Słowem – Afryka, jaką wyobraża sobie spora część Europejczyków.

Dobrze jednak zaznaczyć, że mimo nie aż tak odległej historii kolonializmu, Conradowskie “Jądro ciemności” nie może raczej służyć za dobry przewodnik, a tam, gdzie fundusze na to pozwalają, okolica wygląda całkiem europejsko – są centra handlowe, restauracje, kluby, wielopiętrowe budynki i korki samochodowe. Wielokrotnie stwierdzałyśmy, że cieszymy się, że nie mieszkamy cały czas w Lusace, ponieważ tam kompletnie nie czułyśmy tej “inności”, choć oczywiście widać było pewne różnice, takie jak sprzedawcy lub żebracy krążący między samochodami, zachwycające drzewa kwitnące na czerwono czy gęsto porozstawiane kramy z owocami.

20171111_151238(2)

Różnicę tych dwudziestu kilometrów dało się również zauważyć w ubiorze i kontaktach damsko-męskich. Zgodnie z tradycją, dziewczęta po ukończeniu piętnastego roku życia powinny zakrywać kolana. W Lindzie było to w ogólnym zarysie przestrzegane, choć nie bardzo restrykcyjnie – dało się spotkać kobiety, nawet nauczycielki w naszej szkole, odkrywające tę część ciała, spodnie też jakoś nikogo nie gorszyły, po prostu najbardziej popularne były jednak dłuższe spódnice lub chitengi. My ze swojej strony zawsze zakrywałyśmy znaczny procent ciała; pozostawione fragmenty zresztą wystarczająco przykuwały powszechną uwagę.
Lusaka pod tym względem podpatruje nieco popowe teledyski. Na ulicach niczym niezwykłym nie są kobiety w dopasowanych spodniach czy krótkich sukienkach; naprawdę można się jednak zdziwić oglądając nocne życie miasta – w klubach królują spódniczki i sukienki niewiele dłuższe od przeciętnego podkoszulka, odkrywające ramiona, plecy, dekolt, brzuch, a czasem wszystko naraz i obcisłe niczym poprawnie założony opatrunki.
Ciekawa rzecz, jeżeli chodzi o relacje międzypłciowe. Związki małżeńskie są niemalże podstawą życia i są często zawierane dość wcześnie – żona naszego dyrektora wyszła za niego po w wieku 16 lat, po tygodniu znajomości! Również dla dzieciaków jest to raczej pozytywnie postrzegana kwestia: któryś dziesięciolatek wspomniał o swojej dziewczynie, wzbudzając tym śmiechy kolegów i koleżanek “taa, przechwala się, a wcale nie ma”, dwunastolatka pokazywała mi uroczy liścik miłosny od swojego chłopaka, jednocześnie zarzekając się, że nie wyjdzie za mąż wcześniej niż za 10 lat. Podczas pisania listów do polskich dzieci, gęsto posypały się romantyczne wyznania i propozycje matrymonialne od obu płci. A jednak, przy tym wszystkim, chyba ani razu w naszym sąsiedztwie nie widziałyśmy pary czy nawet małżeństw trzymających się za ręce. Zdarzało się z kolei zobaczyć mężczyzn (lub kobiety) obejmujących się albo trzymających za ręce stojąc w większej jednopłciowej grupie. Raczej tak po prostu po przyjacielsku i nikt nie zwracał na to uwagi – w końcu podobno homoseksualizm w Zambii jest nielegalny pod groźbą długoletniego pozbawienia wolności.
W stolicy nie jest tak bardzo inaczej – co prawda nie tak rzadko można spotkać mieszane pary, jednak widzi się minimum kontaktu fizycznego.

Często przeskakiwałyśmy z jednego świata do drugiego. Między koleiny, błoto i śmieci pod szkołą wjeżdżała terenówka naszego znajomego. Po chwili trzymając zimny napój z bagażnikowej lodówki, mknęłyśmy przez afrykański krajobraz, rozkoszując się wiatrem wpadającym przez otwarte okna. Na ogół jechaliśmy zjeść coś w gustownej restauracji – najczęściej wszechobecną nshimę z dodatkami (wszędzie smakuje tak samo wyśmienicie), próbowałyśmy także świetnych steków, ryb i mięsa bawołu. Zgodnie z tradycją, w zdecydowanej większości lokali, nawet tych bardziej wykwintnych, je się rękami, myjąc je wcześniej pod eleganckim kranikiem znajdującym się w kącie każdej sali lub misce przyniesionej przez kelnera. Następnie odwiedzaliśmy Sunday, Tuesday lub [wstaw dowolny dzień tygodnia] Market, gdzie targując się i odgrywając niemalże scenki, można było nabyć afrykańskie pamiątki lub egzotyczne (z naszego punktu widzenia) owoce, spotykaliśmy się z innymi ciekawymi ludźmi, chodziliśmy potańczyć; raz spędziliśmy urocze popołudnie w Lilay Lodge, podchodząc na kilkanaście metrów do wolno biegających antylop i guźców oraz huśtając się na huśtawkach zwisających z rozłożystego, potężnego drzewa. Tego wszystkiego nie planowałyśmy, jadąc na wolontariat i nie były to raczej typowe dla tego typu wyjazdu rozrywki, mogłyśmy się za to poczuć jak prawdziwe turystki.

20171111_173234(2)

Za to we wszystkich tych miejscach dane nam było doświadczać słynnego afrykańskiego podejścia do czasu. Lekcje notorycznie rozpoczynały się z opóźnieniem wynikającym z luźnego podejścia (nie tak przecież wyluzowanych) nauczycieli, dzwonki dzwoniły, jak chciały, a “zaraz się zbieramy/jedziemy/będziemy” naszych zambijskich znajomych często przeciągało się godzinami. Ja, osobiście, przed wyjazdem byłam opętana listami: co kupić, co wziąć, co sprawdzić, co zrobić. Kolorowe karteczki pomagały mi ogarnąć terabajty danych, jakimi starałam się operować podczas przygotowań. Teraz czas płynął inaczej i jedyne co można było na ogół zrobić, to płynąć razem z nim w tym samym rytmie. To była fajna odskocznia i miłe doświadczenie – nie spieszyć się absolutnie nigdzie. Jednak po dwóch tygodniach zaczęło mi brakować moich dziennych i tygodniowych “to-do”, a po trzech złamałam się i z ulgą wróciłam do moich miłych notatek. Jednak szybki rytm i dynamika kultury europejskiej znacznie bardziej odpowiada mojemu usposobieniu 🙂

Back to school 

Jesień, czas powrotu do szkoły. Większość moich rówieśników właśnie zamieniła szkolne klasy na sale wykładowe, zaczynając studenckie życie. A ja? Cóż, też wróciłam do szkoły – tyle że w innej roli. Bo oto niespełna pół roku po skończeniu liceum zostałam nauczycielką.
20171120_134651
“Good-mor-ning-ma-dam” – małe rozrabiaki karnie wstają z ławek, kiedy wchodzę do klasy i witają mnie typowo szkolnym skandowaniem. Potem już nie są takie zgodne. “Teacher, come!”, “Me, teacher, me!” – przekrzykują się co chwila. Szybko zaczęłam szczerze podziwiać nauczycieli, których miałam okazję obserwować z drugiej strony barykady. Luki pomiędzy zajęciami i cześć popołudni spędzamy przeglądając materiały, rozpisując notatki i popijając kawę w naszym substytucie pokoju nauczycielskiego. I idzie to wszystko nie najgorzej: staramy się przygotowywać w miarę ciekawe lekcje używając materiałów przywiezionych z Polski, co spotyka się ze sporym entuzjazmem ze strony naszych podopiecznych; hałasują, wiadomo, ale jednocześnie odnoszą się do nas z ogromną otwartością i radością.
PB280314

Przed wyjazdem przyjaciel powiedział mi: “Ja myślę, że te dzieci cię pokochają i to cię zmieni.” Jak wiele, pozornie oczywistych rzeczy, tak i ta nieco mnie zaskoczyła, gdy jej znaczenie do mnie dotarło. To nie będzie bezimienny materiał, to będą konkretne osoby. I zanim zorientowałam się, że sprawdziły się przytoczone wyżej słowa, stało się coś jeszcze – to ja przywiązałam się do nich. Ani się spostrzegłam, a już siedziałam na jednej z rozsypujących się ławek ucząc się nawzajem piosenek z grupką uczniów – oni mnie zambijskiego hymnu, ja ich polskiej “Stokrotki”, skakałam z nimi na długiej skakance kręconej przez dwie osoby, próbowałam połapać w skomplikowanych zasadach wyliczanko-skakanko-odpadanek, żartobliwie siłowałam na ręce i przekomarzałam, łapiąc się nawzajem za słówka.
20171109_082531
Są więc grade’y 4 i 5, połączone w jeden: głośna, wesoła Esnart i cicha, dokładna Catherine, jej przyjaciółka. Isaac i Lazarus, największe ziółka i łobuziaki, a jednoczenie zdolne i serdeczne bestie, których nie sposób nie polubić. Nieco cwana, aktywna Ruth, przyszła “police girl”; uśmiechnięta Jennifer i miły Paul. Zdolny Watson, który chce być doktorem (nic tak nie cieszy, jak przypadkowe nawiązania literackie) i James, wzbudzający natychmiastową sympatię. Inteligentne Patricia, Brenda i Esther, które bez problemu radzą sobie z zadaniami.
PB280203
Jest i grade 6, mały, ale niezmienny: utalentowana artystycznie Gracious o głębokim głosie, Faith o wielkim sercu i wyrazach miłości dla każdego i wszystkiego, ładna i rezolutna Memory, żywiołowa Ruth, umiejąca wiele załatwić, wreszcie rodzynek, Maxwell, niezwykle bystry i inteligentny.
PB200120
Z nimi mam najwięcej zajęć, a więc i najwięcej styczności, ale podczas przerw poznajemy też innych. Mała Christina, nieodstępująca mnie na krok już od pierwszych dni. Szczuplutka Naomi, siostra Maxa, równie mądra, jak na swój wiek. Mishek – jeśli ktoś ma coś osiągnąć, to będzie właśnie Mishek. W wieku 9 lat ma więcej świadomości, samozaparcia i ogólnego “poukładania w głowie” niż niektórzy licealiści.
PB280236
Ilekroć wychodzimy ze swojej małej jaskini na szkolny dziedziniec, zaraz oblegają nas małe ciałka, żądając przytulania i zabawy. Nawet po zakończeniu zajęć, kiedy siadamy na betonowej podmurówce, wystarczy kilka chwil, żeby zjawili się nasi uczniowie lub mali sąsiedzi, nieuczący się tutaj oficjalnie. Rozmawiamy, robimy sobie zdjęcia, dziewczynki plotą nam włosy, gramy z chłopakami w piłkę, dzieciaki tańczą i śpiewają nam piosenki, czasem mimochodem pokazując nam różnice między tym, co znamy i tym, co >tu<. Dalibyście malutkie dziecko pod opiekę dziewięciolatce? Bo tyle miała Margaret, nosząca swojego 9-miesięcznego braciszka w chustce na plecach, nawet kiedy włóczyła się z koleżankami po okolicy. Inna dziewczynka w rozmowie pokazuje mi kalambur na pranie, jest malutka, chyba nawet nie pamięta angielskiego słowa na tę czynność. A ty pierzesz? – pytam. Kiwa główką z obojętną oczywistością.

20171115_175632
Ech, niby wszyscy wiedzą jak odmiennie wygląda życie ludzi w tym samym wieku w różnych miejscach, ale… chyba zawsze troszeczkę zdumiewa bliska perspektywa.

Szafa grająca i inne atrakcje w naszym apartamencie 

Jak na tutejsze standardy – żyjemy iście po królewsku. Standardów europejskich… nie ma co nawet wplatać do tematu.

Nasz apartament to wybudowane rękami polskich wolontariuszy otynkowane pudełko, składające się z salono-jadalni, kuchni oddzielnej blatem rodem z katalogów Ikei, sypialni za stylową kotarą oraz łazienki. Na kilku drewnianych belkach leży bliżej nieokreślona ilość płatów blachy falistej, o kilku małych dziurkach, niczym zrobionych widelcem (żebyśmy się nie podusiły w tym pudełku?) i kilku większych. Oprócz tego mamy nad zlewem jedno niezamykalne okienko z zasłoną na karniszu z pogiętego drutu i wariacją na temat kraty.

Wolontariusze w różnych ilościach przyjeżdżają tu od czasu do czasu – a czynsz trzeba płacić :p Panoszą się więc tutaj różni lokatorzy, których zaczęłyśmy poznawać już pierwszego dnia.

Generalnie nie zauważam u siebie nadwyżek ultra dziewczęcych czy wymuskano-księżniczkowych zachowań. A jednak, moje struny głosowe uderzyły w wysokie C zaraz pierwszego dnia. Pochyliłam się nad prysznicem, (pierwszy i ostatni raz) nie zwracając uwagi na odsunięte sitko odpływu i wylewałam wodę z miski, kiedy z kanału, na kilkanaście centymetrów wzwyż  (czyli dokładnie w stronę mojej twarzy) wyskoczyła równie zaskoczona mysz, czmychnęła pod drzwiami łazienki – i tyle ją widziałyśmy, chociaż jeszcze przez kilka dni lustrowałam wzrokiem podłogę i byłam podejrzliwa wobec prysznicowego ujścia.

W moim rodzinnym mieszkaniu swego czasu pod prysznicem zalęgły się pająki, takie o długich, chudych nóżkach. Dopiero od niedawna legitymując się wówczas dwucyfrową liczbą wiosen, trwożliwie polewałam wodą wszystkie kąty kabiny, licząc, że to przepłoszy owe bestie.

…o, dziecięca naiwności, cóżeś wiedziała o pająkach pod prysznicem! Te, z którymi obecnie się kapiemy, mają osiem mięsistych odnóży, masywny tułów i wyraźnie widoczne szczęki. Właściwie wszystko mają wyraźnie widoczne z powodu zaiste imponujących rozmiarów. Najczęściej rezydują w kąciku toaletowym; wtedy nie dość, że trzeba położyć rękę w ich bezpośredniej bliskości, aby zdobyć niezbędne rekwizyty, to jeszcze w kluczowym momencie odwrócić się plecami, niemal czując na karku ich pajęczy oddech. Jednak po początkowej nerwowości obie strony przywykły i patrzą na siebie przychylniejszym wzrokiem.

Odwiedzają nas także inne gatunki. Mrówki, stworzywszy dwupasmową autostradę, której mogliby pozazdrościć polscy drogowcy, przepuszczają przez nasze ściany swoje oddziały zaopatrzeniowe zwartą, ciemną kolumnadą. Ubiłyśmy kilka karaluchów, choć gdybyśmy poczekały jeszcze trochę, prawdopodobnie mogłybyśmy je osiodłać i używać jako wierzchowców. Po ścianach biegają urocze jaszczurki, z rzadka przysiadając na różnych przedmiotach. Tajmnicze, nigdy nie widziane stworzenie obróciło nasz kuchenną szafkę w istną szafę grającą, dając codzienne koncerty z ukrycia.

Zajmowane przez nas lokum wyposażone jest w kilka innowacyjnych technologii. Pierwszą, jest samo wejście: zewnętrzne drzwi to kawał blachy umocowania do kraty, zaopatrzony w dwie zasuwy; przy dolnej wyrżnięto w blasze klapkę, umożliwiającą zamykanie jej (i siłą rzeczy otwieranie) z zewnątrz. Drugie drzwi są bardziej klasyczne, choć z jednej strony zamiast klamki mają kawałek drewna na kilku gwoździach. Ciekawostką jest z kolei ich zamek: blaszka we framudze, o którą opiera się blokada bardziej przypomina naddartą tekturę niż zamknięcie. Często wychodząc, musimy najpierw doprowadzić ją do porządku kopnięciem, żeby przekręcenie klucza spełniało swoje zadanie. Zdarzyło się też, że zbyt natarczywe  dziecko lub któraś z nas, nieumyślne zignorowawszy blokadę, magicznie wchodziła przez zamknięte drzwi.

Drugie odrzwia, których używamy, są równie ciekawe. Framuga wejścia do łazienki ogranicza się tylko do tej strony, gdzie umocowane są zawiasy. W ścianie teoretycznie znajduje się utrwalony blachą otwór, jest jednak kompletnie nieużyteczny ponieważ, primo, jest odrobinę za daleko, secundo, naciskanie klamki, jak i inne działania nie powodują ruchu zamka. Aby więc drzwi trzymały się we właściwym miejscu, ktoś kreatywnie przybił nieco powyżej kawałek chusteczki. Gwoździem. Konstrukcja ta wypełnia przestrzeń w otworze i unieruchamia drzwi, wycierając przy okazji dziurę w tynku. To chyba moja ulubiona innowacja w tym miejscu. Na uwagę zasługuje również sposób podłączania lodówki – ot, rozdwojony kabel bez żadnej wtyczki, wepchnięty wprost do gniazdka.

Warunki brzmią być może nieco niestandardowo,  wystarczyło jednak kilka dni, żebyśmy zawaliły będący centralnym punktem stół, chyba wszystkim, o czym można pomyśleć, obwiesiły sznurki praniem, zapełniły półki jedzeniem i… zrobiły z tego miejsca swoją tymczasową strefę komfortu. Czyli coś,  czego potrzebujesz szczególnie, kiedy aktualnie z niej wychodzisz.

Pierwsze wrażenie, czyli co zastałyśmy na miejscu 

Kolejny post z “pierwszym” w tytule. Czemu nie, dużo nowych rzeczy. Tydzień (a nawet już więcej) jak z bicza strzelił. Oto więc kilka zdań o tym, jak wygląda miejsce, na którym skupiamy nasze wysiłki.

Przyjechałyśmy do Mujo’s w czwartek, kiedy lekcje miały się już ku końcowi, więc pierwszą styczność ze szkołą miałyśmy de facto w piątek. Trafiłyśmy na dobry moment: na porannym apelu wysłuchałyśmy hymnu Zambii, radosnej modlitwy i jeszcze kilku piosenek, do których włączyłyśmy się, klaszcząc i tańcząc na wzór tamtejszych uczniów. Przedstawiłyśmy się, a dzieci odśpiewały nam powitanie. Potem poszłyśmy obserwować zajęcia. Piątki mają jednak nieco inny plan: po dłuższym niż zwykle apelu, nauczyciele przeprowadzają cotygodniowe testy, a następnie od 11 do 13 są tzw. outdoor activities, co wygląda po prostu jak dłuższa przerwa, nie jest w żaden sposób organizowane czy moderowane.

Tutejsze przerwy to w ogóle twór całkiem estetyczny w odbiorze. Co oczywiste, nie uświadczy się tutaj smartfonów i zapatrzonych w nie maluchów. Widok jest jak z obrazka: urocze dzieci w kraciastych mundurkach biegają, śmieją się, rzucają piłką do kosza lub ją kopią. Grają w gumę, skacząc na niewiarygodne dla nas wysokości lub bawią się długą skakanką, zrobioną z plastikowych obrączek od zakrętek butelek, posplatanych niczym łańcuch choinkowy. (To jest kreatywność!)

Po początkowym zamieszaniu i kilku lekkich interwencjach (ach, afrykańskie podejście do czasu) otrzymałyśmy nasz plan zajęć. Wygląda to następująco: zajęcia, rozpoczynające się o 8, podzielone są na 40-minutowe periody (chociaż na ogół jeden przedmiot zajmuje dwa takie odcinki). Po czterech, o 10.40 (a, drugi period trwa godzinę zamiast 40 minut, a trzeci zaledwie 20. Tylko proszę, nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia) jest 20-minutowa przerwa i kolejne trzy periody; o 13 dzwonek (duży, ręczny dzwonek, “obsługiwany” przez jedną z nauczycielek) ogłasza godzinny lunch, po którym są jeszcze dwie godziny zajęć (3 periody). My “obstawiamy” po dwa pierwsze odcinki z każdego bloku, co daje nam półtoragodzinne przerwy pomiędzy nimi i koniec szkolnego dnia o 15.20. Mamy więc czas, aby pomiędzy nimi spokojnie przygotować się na kolejne lekcje czy coś przekąsić.

_____________________________

Szkoła. Świątynia wiedzy i symbol edukacji, miejsce, gdzie jasno może płonąć kaganek oświaty. Z czym nam się kojarzy, w naszych europejskich umysłach? Komunistyczny, szary monolit, przytłaczający licznych uczniów, zmuszanych do codziennego pielgrzymowania do ołtarzy równań i regułek. Lub klasyczny budynek w akademickim stylu, budzący respekt i szacunek. Długie korytarze o wyślizganej podłodze, bezosobowy dzwonek, według którego można ustawiać zegarek, niedostępna komnata sekretariatu…

Tutaj wygląda to zgoła inaczej.

Na teren Mujo’s wchodzi się przez metalową bramę, zaraz za zaśmieconą kiedyś-kałużą w bocznej uliczce piaszczystej drogi, wpadającej kilkaset metrów dalej do jedynej asfaltówki przecinającej tę dzielnicę. Kompleks ma kształt czworoboku; po prawej i lewej znajdują się klasy, do których wchodzi się prosto z zewnątrz, popychając drzwi pozbijane z desek. W środku jest niewiele: kilka zdezelowanych ławek mieszczących po 3 osoby, tablica, aktualnie pokryta skrajnie niepraktycznym marmurkowym wzorem zacieków i… tyle. Żadnego biurka dla nauczyciela, pomocy naukowych czy ozdób na ścianach. Deski, z których zrobione są blaty, nierzadko spadają na ziemię, co nie krępuje uczniów żaden sposób, ścianki działowe nie sięgają sufitu, więc hałasy z sąsiednich klas potęgują się nawzajem.

Plan szkoły, wiszący w naszym pokoju, dla zobrazowania zagospodarowania terenu. Będzie więcej zdjęć, jak będzie więcej zdjęć.

Na ścianie naprzeciw głównego wejścia jest pokój nauczycielski i biuro Johna, skąd możemy brać potrzebne nam przybory. Nasz pokój jest od strony ulicy, w jednej linii z “pokojem ochrony”. Faktycznie ktoś tam czasem pomieszkuje, ale nie czujemy się jakoś specjalnie ochraniane czy nadzorowane. Po terenie szkoły ciągle zresztą się ktoś kręci – John i jego pomocnicy (ci ochroniarze) grzebiący przy pompie do wody od momentu, kiedy tu jesteśmy, nauczyciele, grade 7, mający aktualnie egzaminy zamiast lekcji, dzieciaki z sąsiedztwa, nieuczące się tu oficjalnie. Na środku podwórka, utworzonego przez wspomniane wyżej pomieszczenia, rośnie drzewko z przywiązanym przez poprzednich wolontariuszy koszem do koszykówki.

Standardy są inne. Możliwości są inne. Okoliczności są inne. Ale cel jest taki sam: nauczyć się, zrozumieć zasady działania. Zdać egzaminy i dostać przepustkę do dalszego rozwoju, trochę lepszego życia.

Podobno blisko 70% każdego z nas

Pomiędzy pobytem na Litwie a obecnym wyjazdem byłam w domu trzy tygodnie i tak się akurat złożyło, że przez dwa z nich mieliśmy spore problemy z wodą w mieszkaniu. Można więc powiedzieć, że przyzwyczaiłam się już do braków w kranie, jednak tutaj sytuacja jest nawet bardziej skomplikowana.

Przede wszystkim, woda w kranie nieco odbiega od standardów, do których przywykliśmy. To znaczy – jest tutaj na tyle inna, że nie tylko nie możemy jej pić nieprzegotowanej, ale także myć w niej zębów, owoców czy naczyń. Do tych celów używamy więc butelkowanej z 10-litrowych baniaków, zapobiegliwie kupionych już pierwszego dnia lub przegotowanej kranówki. Wyparzamy wrzątkiem naczynia i warzywa, więc właściwie każdy posiłek zaczyna się od zagotowania bezlitośnie ukamienowanej wody w zmęczonym czajniku. Biedak często nie daje rady zagotować wszystkiego naraz i samoistnie włącza się i wyłącza co jakiś czas. Kiedy jeszcze nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy, miałyśmy niezłą zagwozdkę, wracając po kilku godzinach nieobecności i znajdując gorącą wodę w czajniku :p

Problem zaczął się pojawiać, kiedy zostałyśmy o suchym kranie na blisko półtora dnia. Używałyśmy więc naszych cennych zasobów do wszystkiego, również oszczędnie opłukując się w balii, zastępującej nam tymczasowo prysznic. Z myciem sprawa także ma się ciekawie: biorąc prysznic codzienne, nieodmiennie mam wrażenie, że nie robiłam tego, co najmniej od tygodnia. Połączenie tłustego kremu o filtrze 50, jednego z silniejszych repelentów dostępnych na rynku i skwaru południowej półkuli tworzy na skórze lepką, nieprzepuszczalną powłokę, która chętnie przygarnia wszechobecny pył i brud. Lepimy się niemal bez ustanku; sytuacji nie polepszają moskitiery pod którymi (strategicznie wyrozbierane) śpimy i śpiwory, do których wczołgujemy się resztkami rozsądku (no, malaria). Przynajmniej jednak częściej możemy zaznać błogiego uczucia zmycia tego wszystkiego zimną (lub letnią, zależnie od pory dnia) wodą, cieknącą bez ciśnienia z prysznica (jakimś cudem grawitacja nadaje wylewanej z kubka wodzie więcej pędu niż właściwa słuchawka).

Mam wrażenie, że nieustannie przelewam różne rodzaje niezbędnego H2O: z kranu do czajnika, z zewnętrznej pompy do baniaka, z baniaka do butelki, z czajnika do miski, z miski do kubka… Znacznie bardziej docenia się, że odległość do źródła wody to kilka-kilkanaście metrów, nie kilometrów 🙂

Hi Muzungu!

Kolejne dwa dni, sobotę i niedzielę, miałyśmy wolne od zajęć w szkole. Nie traciłyśmy więc czasu – wyruszyłyśmy asfaltową drogą po prawej tak daleko, jak nogi poniosą. Tym razem nasz świta była mniejsza, jednak wciąż wszędzie nas pozdrawiano i zagadywano. Momentami czułam się jak papież, wyraźnie biała i machająca co chwilę na obie strony ulicy :p Często przystawałyśmy; raz zatrzymał się koło nas eleganckim samochodem afrykański biznesmen w stylowym kaszkiecie, będąc radośnie zaskoczony naszą obecnością. “You are lucky to find a friend like me!” reklamował się, wymieniając z nami numery telefonów.

Zdecydowałyśmy się obrać za cel widoczny niedaleko pagórek z antenami na szczycie, jak się później okazało, Mount Makulu. Chwilę później zagadnęli nas dwaj młodzi dżentelmeni i spytali, czy mogą nam towarzyszyć w spacerze. Gawędząc z naszymi przypadkowym przewodnikami, wdrapałyśmy się bocznymi ścieżkami pod same anteny, podziwiać panoramę Lindy i monumentalną w tym otoczeniu cementownię, wznoszącą się na horyzoncie.

Po południu Joyce zaprowadziła nas na targ, czyli stragany i budki poustawiane wzdłuż asfaltowej drogi. Od razu zaopatrzyłyśmy się w chitengi – tradycyjne, wielobarwne płachty materiału, które tutejsze kobiety noszą owinięte wokół bioder jako długie spódnice. Pokręciłyśmy się jeszcze trochę po okolicy, oglądając wystawione towary i codzienne, toczące się tutaj niespiesznie życie. “Hi Muzungu!” krzyczano czasem. Muzungu – to znaczy biały, obcy. Dzieci ostrożnie wyglądały zza węgłów i zdarzało się, że uciekały z piskiem, kiedy na nie spojrzałyśmy. Czasem proszono nas o pieniądze, czasem zapraszano, żebyśmy z nimi usiadły.

Kiedy w końcu wróciłyśmy do siebie, okazało się, że nie mamy wody w kranie. Ten stan rzeczy utrzymał się także rano, kiedy wychodziłyśmy do kościoła i kiedy wracałyśmy z niego 2h później. Używszy więc nieco wody pitnej do przygotowania jedzenia, opuściłyśmy naszą wyschniętą oazę celem poszukiwania lepszych warunków bytowania. Znalazłyśmy je na trawiastej macie w cieniu małego drzewka i na ławeczce przylegającejak obok do kamiennej ściany domu. Siedziała tam grupa okolicznych mieszkańców, z którymi poprzedniego dnia zmieniłyśmy kilka zdań. Przyjęli nas serdecznie i spędziłyśmy beztroskie popołudnie, rozmawiając, śmiejąc się i robiąc wspólne zdjęcia. Już nie byłyśmy tak bardzo obce :)
W domu okazało się, że dalej nie ma wody i zabrakło także prądu. No cóż, uprzedzali :p