Szafa grająca i inne atrakcje w naszym apartamencie 

Jak na tutejsze standardy – żyjemy iście po królewsku. Standardów europejskich… nie ma co nawet wplatać do tematu.

Nasz apartament to wybudowane rękami polskich wolontariuszy otynkowane pudełko, składające się z salono-jadalni, kuchni oddzielnej blatem rodem z katalogów Ikei, sypialni za stylową kotarą oraz łazienki. Na kilku drewnianych belkach leży bliżej nieokreślona ilość płatów blachy falistej, o kilku małych dziurkach, niczym zrobionych widelcem (żebyśmy się nie podusiły w tym pudełku?) i kilku większych. Oprócz tego mamy nad zlewem jedno niezamykalne okienko z zasłoną na karniszu z pogiętego drutu i wariacją na temat kraty.

Wolontariusze w różnych ilościach przyjeżdżają tu od czasu do czasu – a czynsz trzeba płacić :p Panoszą się więc tutaj różni lokatorzy, których zaczęłyśmy poznawać już pierwszego dnia.

Generalnie nie zauważam u siebie nadwyżek ultra dziewczęcych czy wymuskano-księżniczkowych zachowań. A jednak, moje struny głosowe uderzyły w wysokie C zaraz pierwszego dnia. Pochyliłam się nad prysznicem, (pierwszy i ostatni raz) nie zwracając uwagi na odsunięte sitko odpływu i wylewałam wodę z miski, kiedy z kanału, na kilkanaście centymetrów wzwyż  (czyli dokładnie w stronę mojej twarzy) wyskoczyła równie zaskoczona mysz, czmychnęła pod drzwiami łazienki, i tyle ją widziałyśmy, chociaż jeszcze przez kilka dni lustrowałam wzrokiem podłogę i byłam podejrzliwa wobec prysznicowego ujścia. 

W moim rodzinnym mieszkaniu swego czasu pod prysznicem zalęgły się pająki, takie o długich, chudych nóżkach. Dopiero od niedawna legitymując się wówczas dwucyfrową liczbą wiosen, trwożliwie polewałam wszystkie kąty kabiny, licząc, że to przepłoszy owe bestie. 

…o, dziecięca naiwności, cóżeś wiedziała o pająkach pod prysznicem! Te, z którymi obecnie się kapiemy, mają osiem mięsistych odnóży, masywny tułów i wyraźnie widoczne szczęki. Właściwie wszystko mają wyraźnie widoczne z powodu zaiste imponujących rozmiarów. Najczęściej rezydują w kąciku toaletowym; wtedy nie dość, że trzeba położyć rękę w ich bezpośredniej bliskości, aby zdobyć niezbędne rekwizyty, to jeszcze w kluczowym momencie odwrócić się plecami, niemal czując na karku ich pajęczy oddech. Jednak po początkowej nerwowości obie strony przywykły i patrzą na siebie przychylniejszym wzrokiem. 

Odwiedzają nas także inne gatunki. Mrówki, stworzywszy dwupasmową autostradę, której mogliby pozazdrościć polscy drogowcy, przepuszczają przez nasze ściany swoje oddziały zaopatrzeniowe zwartą, ciemną kolumnadą. Ubiłyśmy kilka karaluchów, choć gdybyśmy poczekały jeszcze trochę, prawdopodobnie mogłybyśmy je osiodłać i używać jako wierzchowców. Po ścianach biegają urocze jaszczurki, z rzadka przysiadając na różnych przedmiotach. Tajmnicze, nigdy nie widziane stworzenie obróciło nasz kuchenną szafkę w istną szafę grającą, dając codzienne koncerty z ukrycia.

Zajmowane przez nas lokum wyposażone jest w kilka innowacyjnych technologii. Pierwszą, jest samo wejście: zewnętrzne drzwi to kawał blachy umocowania do kraty, zaopatrzony w dwie zasuwy; przy dolnej wyrżnięto w blasze klapkę, umożliwiającą zamykanie jej (i siłą rzeczy otwieranie) z zewnątrz. Drugie drzwi są bardziej klasyczne, choć z jednej strony zamiast klamki mają kawałek drewna na kilku gwoździach. Ciekawostką jest z kolei ich zamek: blaszka we framudze, o którą opiera się blokada bardziej przypomina naddartą tekturę niż zamknięcie. Często wychodząc, musimy najpierw doprowadzić ją do porządku kopnięciem, żeby przekręcenie klucza spełniało swoje zadanie. Zdarzyło się też, że zbyt natarczywe  dziecko lub któraś z nas, nieumyślne zignorowawszy blokadę, magicznie wchodziła przez zamknięte drzwi.

Drugie odrzwia, których używamy, są równie ciekawe. Framuga wejścia do łazienki ogranicza się tylko do tej strony, gdzie umocowane są zawiasy. W ścianie teoretycznie znajduje się utrwalony blachą otwór, jest jednak kompletnie nieużyteczny ponieważ, primo, jest odrobinę za daleko, secundo, naciskanie klamki, jak i inne działania nie powodują ruchu zamka. Aby więc drzwi trzymały się we właściwym miejscu, ktoś kreatywnie przybił nieco powyżej kawałek chusteczki. Gwoździem. Konstrukcja ta wypełnia przestrzeń w otworze i unieruchamia drzwi, wycierając przy okazji dziurę w tynku. To chyba moja ulubiona innowacja w tym miejscu. Na uwagę zasługuje również sposób podłączania lodówki – ot, rozdwojony kabel bez żadnej wtyczki, wepchnięty wprost do gniazdka.

Warunki brzmią być może nieco niestandardowo,  wystarczyło jednak kilka dni, żebyśmy zawaliły będący centralnym punktem stół, chyba wszystkim, o czym można pomyśleć, obwiesiły sznurki praniem, zapełniły półki jedzeniem i… zrobiły z tego miejsca swoją tymczasową strefę komfortu. Czyli coś,  czego potrzebujesz szczególnie, kiedy aktualnie z niej wychodzisz. 

Advertisements

Pierwsze wrażenie, czyli co zastałyśmy na miejscu 

Kolejny post z “pierwszym” w tytule. Czemu nie, dużo nowych rzeczy.  Tydzień  (a nawet już więcej) jak z bicza strzelił. Oto więc kilka zdań o tym, jak wygląda miejsce, na którym skupiamy nasze wysiłki. 

Przyjechałyśmy do Mujo’s w czwartek, kiedy lekcje miały się już ku końcowi, więc pierwszą styczność ze szkołą miałyśmy de facto w piątek. Trafiłyśmy na dobry moment: na porannym apelu wysłuchałyśmy hymnu Zambii, radosnej modlitwy i jeszcze kilku piosenek, do których włączyłyśmy się klaszcząc i tańcząc na wzór tamtejszych uczniów. Przedstawiłyśmy się, a dzieci odśpiewały nam powitanie. Potem poszłyśmy obserwować zajęcia. Piątki mają jednak nieco inny plan: po dłuższym niż zwykle apelu, nauczyciele przeprowadzają cotygodniowe testy, a następnie od 11 do 13 są tzw. outdoor activities, co wygląda po prostu jak dłuższa przerwa, nie jest w żaden sposób organizowane czy moderowane. 

Tutejsze przerwy to w ogóle twór całkiem estetyczny w odbiorze. Co oczywiste, nie uświadczy się tutaj smartfonów i zapatrzonych w nie maluchów. Widok jest jak z obrazka: urocze dzieci w kraciastych mundurkach biegają, śmieją się, rzucają piłką do kosza lub ją kopią. Grają w gumę, skacząc na niewiarygodne dla nas wyskości lub bawią się długą skakanką, zrobioną z plastikowych obrączek od zakrętek butelek, posplatanych niczym łańcuch choinkowy. (To jest kreatywność!)

Po początkowym zamieszaniu i kilku lekkich interwencjach  (ach, afrykańskie podejście do czasu) otrzymałyśmy nasz plan zajęć. Wygląda to następująco: zajęcia, rozpoczynające się o 8, podzielone są na 40-minutowe periody  (chociaż na ogół jeden przedmiot zajmuje dwa takie odcinki). Po czterech, o 10.40 (a, drugi period trwa godzinę zamiast 40 minut, a trzeci zaledwie 20. Tylko proszę, nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia) jest 20-minutowa przerwą i kolejne trzy periody; o 13 dzwonek (duży, ręczny dzwonek, “obsługiwany” przez jedną z nauczycielek) ogłasza godzinny lunch, po którym są jeszcze dwie godziny zajęć  (3 periody). My “obstawiamy” po dwa pierwsze odcinki z każdego bloku, co daje nam półtoragodzinne przerwy pomiędzy nimi i koniec szkolnego dnia o 15.20. Mamy więc czas, aby pomiędzy nimi spokojnie przygotować się na kolejne lekcje czy coś przekąsić.

_____________________________

Szkoła. Świątynia wiedzy i symbol edukacji, miejsce, gdzie jasno może płonąć kaganek oświaty. Z czym nam się kojarzy, w naszych europejskich umysłach? Komunistyczny, szary monolit, przytłaczający licznych uczniów, zmuszanych do codziennego pielgrzymowania do ołtarzy równań i regułek. Lub klasyczny budynek w akademickim stylu, budzący respekt i szacunek. Długie korytarze o wyślizganej podłodze, bezosobowy dzwonek, według którego można ustawiać zegarek, niedostępna komnata sekretariatu… 

Tutaj wygląda to zgoła inaczej.

Na teren Mujo’s wchodzi się przez metalową bramę, zaraz za zaśmieconą kiedyś-kałużą w bocznej uliczce piaszczystej drogi, wpadającej kilkaset metrów dalej do jedynej asfaltówki przecinającej tą dzielnicę. Kompleks ma kształt czworoboku; po prawej i lewej znajdują się klasy, do których wchodzi się prosto z zewnątrz, popychając drzwi pozbijane z desek. W środku jest niewiele: kilka zdezelowanych ławek mieszczących po 3 osoby, tablica, aktualnie pokryta skrajnie niepraktycznym marmurkowym wzorem zacieków i… tyle. Żadnego biurka dla nauczyciela, pomocy naukowych czy ozdób na ścianach. Deski z których zrobione są blaty nierzadko spadają na ziemię, co nie krępuje uczniów żaden sposób, ścianki działowe nie sięgają sufitu, więc hałasy z sasiednich klas potęgują się nawzajem.

Plan szkoły, wiszący w naszym pokoju, dla zobrazowania zagospodarowania terenu. Będzie więcej zdjęć, jak będzie więcej zdjęć.

  Na ścianie naprzeciw głównego wejścia jest pokój nauczycielski i biuro Johna, skąd możemy brać potrzebne nam przybory. Nasz pokój jest od strony ulicy, w jedniej linii z “pokojem ochrony”. Faktycznie ktoś tam czasem pomieszkuje, ale nie czujemy się jakoś specjalnie ochraniane czy nadzorowane. Po terenie szkoły ciągle zresztą się ktoś kręci – John i jego pomocnicy  (ci ochroniarze) grzebiący przy pompie do wody od momentu kiedy tu jesteśmy, nauczyciele, grade 7, mający aktualnie egzaminy zamiast lekcji, dzieciaki z sąsiedztwa, nie uczące się tu oficjalnie. Na środku podwórka, utworzonego przez wspomniane wyżej pomieszczenia, rośnie drzewko z przywiązanym przez poprzednich wolontariuszy koszem do koszykówki.

Standardy są inne. Możliwości są inne. Okoliczności są inne. Ale cel jest taki sam: nauczyć się, zrozumieć zasady działania. Zdać egzaminy i dostać przepustkę do dalszego rozwoju, trochę lepszego życia. 

Podobno blisko 70% każdego z nas

Pomiędzy pobytem na Litwie a obecnym wyjazdem byłam w domu trzy tygodnie i tak się akurat złożyło, że przez dwa z nich mieliśmy spore problemy z wodą w mieszkaniu. Można więc powiedzieć, że przyzwyczaiłam się już do braków w kranie, jednak tutaj sytuacja jest nawet bardziej skomplikowana. 

Przede wszystkim, woda w kranie nieco odbiega od standardów, do których przywykliśmy. To znaczy – jest tutaj na tyle inna, że nie tylko nie możemy jej pić nieprzegotowanej, ale także myć w niej zębów, owoców czy naczyń. Do tych celów używamy więc butelkowanej  z 10-litrowych baniaków, zapobiegliwie kupionych już pierwszego dnia lub przegotowanej kranówki. Wyparzamy wrzątkiem naczynia i warzywa, więc właściwie każdy posiłek zaczyna się od zagotowania bezlitośnie ukamieniowanej wody w zmęczonym czajniku. Biedak często nie daje rady zagotować wszystkiego naraz i samoistnie włącza się i wyłącza co jakiś czas. Kiedy jeszcze nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy, miałyśmy niezłą zagwozdkę, wracając po kilku godzinach i znajdując gorącą wodę w czajniku :p

Problem zaczął się pojawiać,  kiedy zostałyśmy o suchym kranie na blisko półtora dnia. Używałyśmy więc naszych cennych zasobów do wszystkiego, również oszczędnie opłukując się w balii, zastępującej nam tymczasowo prysznic. Z myciem sprawa także ma się ciekawie: biorąc prysznic codzienne, nieodmiennie mam wrażenie, że nie robiłam tego co najmniej od tygodnia. Połączenie tłustego kremu o filtrze 50, jednego z silniejszych repelentów dostępnych na rynku i skwaru południowej półkuli tworzy na skórze lepką, nieprzepuszczalną powłokę, która chętnie przygarnia wszechobecny pył i brud. Lepimy się niemal bez ustanku; sytuacji nie polepszają moskitiery pod którymi (strategicznie wyrozbierane) śpimy i śpiwory, do których wczołgujemy się resztkami rozsądku (ten, malaria). Przynajmniej jednak częściej możemy zaznać błogiego uczucia zmycia tego wszystkiego zimną  (lub letnią, zależnie od pory dnia) wodą, cieknącą bez ciśnienia z prysznica  (jakimś cudem grawitacja nadaje wylewanej z kubka wodzie więcej pędu niż właściwa słuchawka)

Mam wrażenie, że nieustannie przelewam różne rodzaje niezbędnego H2O: z kranu do czajnika, z zewnętrznej pompy do baniaka, z baniaka do butelki, z czajnika do miski, z miski do kubka… Znacznie bardziej docenia się, że odległość do źródła wody to kilka-kilkanaście metrów, nie kilometrów 🙂

Hi Muzungu!

Kolejne dwa dni, sobotę i niedzielę, miałyśmy wolne od zajęć w szkole. Nie traciłyśmy więc czasu – wyruszyłyśmy asfaltową drogą po prawej tak daleko jak nogi poniosą. Tym razem nasz świta była mniejsza, jednak wciąż wszędzie nas pozdrawiano i zagadywano. Momentami czułam się jak papież, wyraźnie biała i machająca co chwilę na obie strony ulicy :p Często przystawałyśmy; raz zatrzymał się koło nas eleganckim samochodem afrykański biznesmen w stylowym kaszkiecie, będąc radośnie zaskoczony naszą obecnością. “You are lucky to find a friend like me!” reklamował się, wymieniając z nami numery telefonów. 

Zdecydowałyśmy się obrać za cel widoczny niedaleko pagórek  z antenami na szczycie, jak się później okazało, Mount Makulu. Chwilę później zagadnęli nas dwaj młodzi dżentelmeni i spytali czy mogą nam towarzyszyć w spacerze. Gawędząc z naszymi przypadkowym przewodnikami, wdrapałyśmy się bocznymi ścieżkami pod same anteny, podziwiać panoramę Lindy i monumentalną w tym otoczeniu cementownię, wznoszącą się na horyzoncie.

Po południu Joyce zaprowadziła nas na targ, czyli stragany i budki poustawiane wzdłuż asfaltowej drogi. Od razu zaopatrzyłyśmy  się w chitengi – tradycyjne, wielobarwne płachty materiału, które tutejsze kobiety noszą owinięte wokół bioder jako długie spódnice. Pokręciłyśmy się jeszcze trochę po okolicy oglądając wystawione towary i codzienne, toczące się tutaj niespiesznie życie. “Hi Muzungu!” krzyczano czasem. Muzungu – to znaczy biały,  obcy. Dzieci ostrożnie wyglądały zza węgłów i zdarzało się,  że uciekały z piskiem, kiedy na nie spojrzałyśmy. Czasem proszono nas o pieniądze, czasem zapraszano, żebyśmy z nimi usiadły.

 Kiedy w końcu wrociłyśmy do siebie, okazało się,  że nie mamy wody w kranie. Ten stan rzeczy utrzymał się także rano, kiedy wychodziłyśmy do kościoła i kiedy wracałyśmy z niego 2h później. Używszy więc nieco wody pitnej do przygotowania jedzenia, opuściłyśmy naszą wyschniętą oazę celem poszukiwania lepszych warunków bytowania. Znalazłyśmy je na trawiastej macie w cieniu małego drzewka i na ławeczce przylegającejak obok do kamiennej ściany domu. Siedziała tam grupa okolicznych mieszkańców, z którymi poprzedniego dnia zmieniłyśmy kilka zdań. Przyjęli nas serdecznie i spędziłyśmy beztroskie popołudnie rozmawiając, śmiejąc się i robiąc wspólne zdjęcia. Już nie byłyśmy tak bardzo obce 🙂
W domu okazało się, że dalej nie ma wody i zabrakło także prądu. No cóż, uprzedzali :p

Pierwsze kroki w filmowej scenerii 

Ku mojej uciesze, trafiłam na towarzystwo równie – a nawet bardziej – łazikowe jak ja, z dużą otwartością i inicjatywą. Dlatego już od pierwszego dnia praktykowałyśmy długie spacery krajoznawcze, połączone z poznawaniem sąsiedztwa oraz bliższych i dalszych sąsiadów. 

Sceneria jest niczym żywcem wyciągnięta z National Geographic: utwardzona jedynie słońcem droga, pokryta czerwonym pyłem, grupki poobdzieranych, czasem bosych lub nagich dzieci bawiące się patykami i butelkami. Po obu stronach wznoszą się słomiane płoty i niewielkie domki kryte blachą falistą. Co kilka kroków stoją pozbijane z desek kramiki, oferujące niemal identyczny asortyment: pomidory, wegiel drzewny, jakiś rodzaj grochu, kapustę, czasem mango. W betonowych budynkach można znaleźć sklepy oferujące jajka, olej i inne podstawowe produkty. Często też natykamy się na lokalne salony fryzjerskie i punkty cyfryzacji, gdzie można ponoć przegrać zdjęcia czy skorzystać z internetu. Wszędzie siedzą grupy ludzi – plotkujące kobiety, kryjący się w cieniu mężczyźni, rozchichotana młodzież. 

Z oczywistych względów zwracamy na siebie powszechną uwagę, jednak spotykamy się z bardzo pozytywnym i serdecznym przyjęciem. Wszyscy do nas machają, wykrzykując pozdrowienia i pytając o nasze imiona i samopoczucie. Pierwsze kilka wyjść odbyłyśmy w nieodłącznej asyście gromady dzieci, trzymających nas (i łańcuchowo siebie) za ręce, tworząc istny pochód, wolnym krokiem przemierzający wioskę. 

Spacer pierwszego dnia był tylko małą przechadzką “w lewo” tuż przed zachodem słońca; w piątek, po pierwszej obserwacji zajęć w szkole (o tym następnym razem), zwiedziłyśmy również “prawą stronę” docierając aż do asfaltowej drogi i zapuściłyśmy się dalej w pierwszym kierunku. Witano nas z dużym entuzjazmem: ludzie podchodzili uścisnąć nam ręce, spytać o nasze imiona, co tu robimy i gdzie mieszkamy. “You are very welcome in Zambia!” – mówili niektórzy ku obustronnej radości. 

Wcześniej jeszcze zdążyłyśmy odwiedzić Joyce, żonę naszego dyrektora i porozmawiać z nią dłuższą chwilę. Absolutnie przemiła kobieta (i wyglądająca na znacznie mniej niż jej 38 lat) poczestowała nas obiadem – kukuydzianymi plackami własnego wyrobu i zieloną sałatką przypominającą nieco szpinak. Połączenie było naprawdę smaczne, a atmosfera równie przyjemna. Od razu umówiłyśmy się na kolejny dzień na wspólne zakupy.

Wieczorem Maggie stwierdziła: “Nie chce mi się tu siedzieć.  Jest piątek wieczorem, jestem w Zambii!” Po krótkim wahaniu przyznałam jej rację i ruszyłyśmy poznawać “prawdziwą Afrykę” w niedalekim Royal Dreams Pub. Przyjęto nas bardzo ciepło: dwie tańczące dziewczyny zaraz zawołały nas do siebie, a po chwili siedziałyśmy na krzesłach przed drzwiami wśród innych osób,  popijając zambijskie piwo. Okazało się, że chociaż widzieli już polskich wolontariuszy, jesteśmy pierwszymi, którzy wyszli wieczorem do pubu, pogawędzić i spędzić więcej czasu z miejscowymi. W sumie nie zaskoczyło mnie to tak bardzo – jestem pewna, że sama obawiałabym się zainicjować tego rodzaju aktywność, podobnie jak poprzednie Polki. Na szczęście trafiłam na kobiety, które zdecydowanie umieją radzić sobie w życiu. Nic, tylko się uczyć 😀

Uch, tyle się tutaj dzieje, że prawie nie mam czasu pisać! Chyba spróbuję wrzucać coś krótszego, za to częściej. Na razie kiepsko jeszcze ze zdjęciami, bo nie chcemy afiszować się z aparatami, ale wszystkie mamy nadzieję wkrótce to nadrobić 🙂

Doba w podróży 

Chcąc zminimalizować ryzyko spóźnienia, obie wytransportowałyśmy się ze swoich miast bladym świtem  (o 6 lub o 4). W naszej stolicy wszystko poszło gładko: owinęłyśmy folią spożywczą walizki o niemal idealnie granicznej dozwolonej wadze, odprawiłyśmy się i oto siedziałyśmy na pokładzie Turkish Airlines, lecąc, a jakże, do Stambułu. Warszawa zniknęła nam z oczu po zaledwie jakichś trzydziestu sekundach od wystartowania z powodu wiszących nisko chmur. Jednak po dłuższej chwili wzbiłyśmy się ponad obłoki i prosto w małe okienko zaświeciło słońce. Zachwycając się widokiem biało-złotej pierzyny rozpościerającej się pod samolotem, uświadomiłam sobie, że nie widziałam słońca  (przynajmniej w takim natężeniu) od dobrych kilku tygodni. 

Goniliśmy wieczór; złoto prędko zamieniło się w pomarańcz i czerwień, którymi płonął horyzont. W dole wiły się serpentyny lśniących rzek Rumunii i Mołdawii, tworząc iście bajkowy krajobraz. Kiedy dolecieliśmy do Stambułu, niebo było już całkiem ciemne, za to ziemia jasniała tysiącami świateł położonych w dole miast. 
Kiedy znalazłyśmy się w strefie transferowej, znaki poinformowały nas, że do naszej bramki czeka nas… 20-minutowy spacer. Ponad kilometr! Tureckie lotnisko jest ogromne: ponad 700 bramek, setki sklepów i gustownie wystrojonych restauracji, przestrzeń gęsta od drogowskazów. Pokonując kolejne przejścia, skręty i schody czułyśmy się jak na grze terenowej. 

Nie spędziłyśmy w dawnym Konstantynopolu zbyt wiele czasu; niedługo później startowałyśmy na południe. Miasto widziane z tej perspektywy robiło niesamowite wrażenie. Rozmiarami adekwatne do portu lotniczego, ciągnęło się od jednego horyzontu do drugiego, demonstrując tętniące arterie głównych ulic, ozdobione neonami wieżowce i świecące osiedla domów. Mija sporo czasu, zanim całkiem zostawimy w tyle ten wytwór ludzkiej cywilizacji, przypominający nieco plątaninę światełek choinkowych. 

Ten widok, to nie jest coś, czemu mógł podołać mój aparat

Rozpoczynamy nasz najdłuższy, ponad 6-godzinny lot. W dole przewija się już Afryka. W ciemności ciężko rozpoznać poszczególne elementy, można tylko zgadywać. Morze? Pustynia? Rzeka przecinająca grubą wstegą puste połacie, kolejne miasta o uporządkowanej strukturze? Oglądamy filmy, jemy nadspodziewanie dobry posiłek, serwowany w cenie biletu, wreszcie idziemy spać. Kiedy się budzę, przekraczamu równik, a idealnie okrągły księżyc zagląda przez okno, choć jeszcze kilka godzin temu miał z boku całkiem sporą wyrwę. 

Tym razem przesiadamy się jako chyba jedyne z naszego samolotu. Kenijskie lotnisko początkowo przypomina pustą halę fabryczną – w sumie zrozumiałe, jest 4 nad ranem, jednak okazuje się całkiem spore i o naprawdę dobrym standardzie. 

Jest i Beata, moja towarzyszka podróży 🙂

Rozmowa z lokalnym pasażerem zmierzającym do Korei Południowej skraca nam czas oczekiwania na uroczą pracownicę, która bez problemu drukuje nam karty pokładowe. Teraz czekają nas blisko 3h oczekiwania na kolejny lot. Poczekalnia, początkowo raczej pusta i zaspana, zapełnia się. 

Za pięć szósta rozjaśnia się lekko, 10 minut po pełnej godzinie gasną zbędne już  latarnie. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą boso spał na krzesłach, teraz cicho brzdąka na gitarze. Nikt się nie spieszy, nie biega. Przez chmury przesącza się miękkie, przyjemne światło, w oddali majaczą wieżowce Nairobi. 

Jeszcze godzina do odlotu. 

Podejrzewam, że później będzie gorzej z czasem i internetem, więc nie nastawiajcie się na tak częste i obfite relacje 🙂 Tymczasem – zaczynamy z drugą półkulą!

___________________________

Punktualnie wsiadłyśmy do maszyny Kenya Airways i wzniosłyśmy się po raz ostatni na tej trasie. Hm, przez tą dobę nalatałam się więcej razy niż przedtem przez całe życie. Trzy godziny spędziłam głównie śpiąc, z przerwą na serwowany przez stewardessy posiłek, więc kiedy w końcu wylądowałyśmy u naszego celu, czułam się troszkę nieżywa. Zgodnie z prawami rządzącymi wszechświatem, był to moment to na załatwianie spraw kluczowych i wymagających. Udałyśmy się do odpowiedniego okienka i odpowiadając na pytania urzędników zgodnie z wyuczonym scenariuszem (ale niekoniecznie zgodnie z prawdą) otrzymałyśmy magiczne pieczątki, pozwalające nam spędzić listopad w Zambii. Odebrałyśmy (tylko trochę) poobijane bagaże i ruszyłyśmy przez lotnisko. Zwracająca uwagę była ochrona obiektu – czarujące młode kobiety w błękitnych mundurowych koszulach i spódnicach, z których każda dzierżyła… kałasznikowa. “Hello, how are you?” – uśmiechnęła się szeroko jedna z nich, wychodząc z toalety z bronią przewieszoną przez plecy.

Z Johnem, dyrektorem szkoły i naszym gospodarzem, rozpoznaliśmy się nawet bez kartek z imieniem. Zapakowawszy lekko już zjeżdżoną Toyotę po brzegi naszymi osobami i walizkami ruszyliśmy w drogę. To był ten rodzaj podróży, który, chociaż monotonny, nie chce się przerywać. Siedziałyśmy ściśnięte na tylnych siedzeniach razem z jedną walizek  (z przodu siedział John i kierowca), głośników tuż za naszymi głowami tętniła wesoła muzyka o wyraźnym rytmie. Wiatr z otwartych okien przyjemnie chodził. A za tymi oknami? Ha, Afryka! Czerwono-brązowy piasek i palmy, drzewa szczelnie okryte jaskrawoczerwonym kwieciem. Mężczyźni na zakurzonych rowerach, kobiety ubrane w kolorowe spódnice niosące pakunki na głowach. Krajobraz zachwycający w swojej normalności, codzienna tutaj kompozycja ciepłych barw rzeczy i ludzi. 

Jednak ta przyjemna monotonia zmieniła się w końcu w nudę, którą chciałoby się przerwać; wjechawszy w centrum stolicy, utknęliśmy w korku. Uliczni sprzedawcy absolutnie wszystkiego chodzili między samochodami, wymachując kablami, rakietkami tenisowymi i oponami. Zatrzymaliśmy się w Makeni Mall, wymienić pieniądze i zakupić zambijskie karty sim. Po tym nasi towarzysze pojechali po trzecią wolontariuszkę, przylatującą nieco później, a my skupiłyśmy się na skomplikowanym zadaniu aktywacji pakietu internetowego. Właściwie to nasza rola ograniczała się do patrzenia jak miła pani z telefonii raz po raz wstukuje w nasze smartfony kolejne kody, ale wyglądało na skomplikowane. 

Od razu doświadczyłyśmy słynnego afrykańskiego podejścia do czasu: w centrum handlowym, w oczekiwaniu  na naszych opiekunów spędziłyśmy dobre kilka godzin. W końcu jednak dane nam było poznać trzecią towarzyszkę naszej wyprawy  (uwaga, uwaga, imieniem Magda), zwaną dla ułatwienia Maggie. Po załatwieniu jeszcze kilku drobiazgów, wpakowaliśmy się wszyscy do auta (które zdążyło się magicznie zmienić w Land Rovera, mającego szanse pomieścić całe towarzystwo) i zatrzymując się po drodze kilkukrotnie (a to apteka, a to tankowanie, a to jakaś awaria) dotarliśmy do Mujo’s Sky Limit School.

Pierwsza tabletka 

Tak jak pierwszą tabletkę na malarię zażywa się dzień przed wyruszeniem w podróż, tak i pierwszy wpis na temat tego wyjazdu powstaje jeszcze w Krakowie. Powoli, powolutku zaczyna do mnie docierać, co tu się dzieje i co ja robię.

Zambia.

Jadę do Zambii.

large-location-map-of-zambia
O, tutaj, bo nie wszyscy wiedzą 😉

Jakieś 12 000 kilometrów stąd i 30 stopni Celsjusza więcej (co nie wydaje się takie straszne w momencie, kiedy z zimna sztywnieją palce, naciągające beret głębiej na uszy).

Niby wiem, że będę miała szok kulturowy i sporo czytałam albo pytałam mądrzejszych od siebie, jak tam jest, ale dalej nie mogę przyswoić tych różnic. “Przecież tam nie może być AŻ TAK inaczej” – upiera się mój mózg na przekór logice. No dobrze, mózgu, będziemy weryfikować tę teorię na miejscu. Pamiętaj tylko, żeby wtedy być maksymalnie elastycznym i poznawać, a nie oceniać. Bo jednego jestem pewna: wyjazd i pobyt tam na pewno otworzą mi oczy. Nie wiem jeszcze na co – gdybym wiedziała, całe to otwieranie byłoby zbędne – ale otworzą.

Swoją drogą, zabawne nawiązanie do nazwy WakeInAfrica – bloga jednej z poprzednich wolontariuszek w tamtym miejscu, który był jednym z moich pierwszych przygotowań do wyjazdu. Jakiś miesiąc temu napisałam do autorki (tajemniczym zbiegiem okoliczności także Magdy z Krakowa). Chciałam tylko zadać kilka technicznych pytań, dopuszczając też możliwość, że zostanę zignorowana, a tymczasem spotkałam się z niesamowicie entuzjastycznym podejściem i nieocenionym wsparciem w przygotowaniach. Spotkania z nią oraz dwoma innymi wolontariuszkami, prezenty dla zambijskich przyjaciół, zorganizowana naprędce zbiórka charytatywna – Magda, jesteś wielka! Jestem niezmiernie wdzięczna zarówno Tobie, jak i obydwu Monikom za poświęcony czas i wysiłek.


Na całe przedsięwzięcie (zaplanowane pierwotnie na październik) aplikowałam w kwietniu, jeszcze przed wyjazdem na Ukrainę i maturami. Siedząc w Szkocji, dowiedziałam się, że plany uległy przesunięciu na czas nieokreślony, pozytywna wiadomość odnośnie Afryki ściągnęła mnie z Litwy nieco wcześniej niż zamierzałam. Myśl o tym, co niedługo się wydarzy, towarzyszyła mi już więc całkiem długo. Intensywność przygotowań była iście interwałowa, a specyfika aktualnego stylu życia spowodowała, że w ciągu dwóch tygodni opowiadałam o tych planach sporej ilości (obcych) ludzi. Więc… sama nie wiem, czy po prostu już przyzwyczaiłam się do tej myśli, czy jeszcze jednak dalej nie przyjmuję jej do świadomości, jako coś nierealnego. Ale – w końcu, to się naprawdę dzieje.

Pora otworzyć oczy.